
Było - jak zawsze, czyli wspaniale.
Wyruszyłem rowerem, bo wreszcie nie padało.
Popracowałem troche i wyruszyłem.
Barry White całą gębą w słuchawkach, i ja - seksownie podskakujący na siodełku, że niby tańcze i wykrzykujacy wraz z nim "Can't Get Enough of Your Love, Babe"
po kolei naśladująć - spiew, gitare basową, skrzypcy, perkusje i inne trąbki.
Dojechałem do Arkadii kompletnie mokry i szcześliwy.
wjechałem na góre do dalszej łazienki gdzie mniej ludzi, mokry podkoszulek i koszule zapakowałem hermetycznie, umyłem się po pas, ogoliłem się, przebrałem się w suche ładne ubranko, kupiłem jakomś wode kolońską, popsikalem się obficie przesadnie, zjadłem cośtam i - zaladowałem się do ulubionej kawiarni "w biegu" z laptopem.
czytałem strony branżowe i inne rozmaite czytadła.
Gapiłem się na tłum oszalałych konsumentów dookoła.
Słuchałem rozmowy ludzi za stolikiem obok. Flirtowałem troche z kelnerką. Popijałem herbatke. Było wspaniale.
Wróciliśmy z Barry, zobaczyłem ze smutkiem zamknięty basen, co było oczewiste, od 2 dni brak wody w Piastowie i Ursusie, zachaczyłem na minutke Lidl i - siedze wreszcie w domu.
Radyjko gra, kurczak się smaży, ziemniczki się gotują, pranie wstawione, podłoga umyta, Pawelka happy, czyli wymordowany na amen.
Mój dom - moja świątynia.
Wara od niego, szczególnie w weekend.